piątek, 12 lutego 2016

Tosh i perygrynacje wielkopolskie/postne

Jestem w Poznaniu
coś ma w sobie to miasto...
O moich fascynacjach Wielkopolską już nieraz wspominałam. Poznań właściwie się w nie wpisuje.  Choć nie można powiedzieć, że jest uroczy (ten toporny wilhelminizm, te twierdze warowne wzniesione od podstaw i pachnące świeżą farbą)  jednak z pewnością coś w sobie ma.

Naturalnie przyznać się muszę, choć się trochę tego wstydzę, ale co tam: zaliczam się do grona wiernych fanów Jeżycjady. Długoletnich, bezkrytycznych i żarłocznych. W czasie moich poprzednich - zawsze jednodniowych - wizyt w Poznaniu nigdy nie miałam czasu, by się pobłąkać po Jeżycach, a dzisiaj tak. I zachwyciły mnie, także tym, o czym w książkach nie było mowy: secesją obecną w takiej obfitości!!!

Może przypadkowe, a może wcale nie, jest też to, że  tuż po przekroczeniu granicy z dolnym Śląskiem  wszystkie wielkopolskie kościoły, do których chcieliśmy wejść były otwarte! W Poznaniu bezwzględnie wszystkie, w Gostyniu, na Świętej Górze, wszystkie arcyciekawe. Natomiast pod Trzebnicą w Prusicach, gdzie w kościele znajduje się jeden z najcenniejszych nagrobków w skali kraju, który po raz kolejny chcieliśmy sobie zobaczyć, kościół był zamknięty na trzy spusty, otwierany tylko na poranną mszę.

Choć nie brak także akcentów wprawiających w zdumienie:  mieszkamy w hotelu, w którego łazience znajduje się młynek do fekaliów i szczegółowa informacja na jego temat na ścianie.

Poznań jako tło dla mojej [jednak mojej] nowej musztardowo-miodowej chusty z Tosha [numer jeden w mojej hierarchii włóczek]

Wzór
Kyna  autorstwa Lucy Hague
Takiej chusty jeszcze nie robiłam: pomimo jej trójkątowości robiona jest od lewego cienkiego końca do prawego - w jednym kawałku [tzn. bez podnoszenia oczek.]
najważniejsza jednak jest wełna: Madelinetosh Tosh DK na KP 4.0






a tu wspomniany kontrowersyjny zabytek [warownia Przemysła] wybudowany przed trzema laty: 







niedziela, 7 lutego 2016

pastelowo z żabiej perspektywy

Kupiłam kiedyś takie pastelowe resztki Merci Filcolany [50% merino superwash 50% bawełny peruwiańskiej] za psi pieniądz, nie bardzo wiedząc co z nią począć. Miało być w zasadzie coś dla dziewuch, bo takie róże i łososie.
Ale tak mnie urzekła konstrukcja Joji Locateli z poprzedniego postu, gdzie cała zabawa zaczyna się od warkoczowego panelu, z którego następnie podnosi się oczka na całą resztę, że postanowiłam zaryzykować własną wersję zwyklaka i natychmiast po zejściu z drutów Manzanilli wskoczyło na nie Merci.


Zaplanowałam go w wersji dość luźnej, by ukryć wybrakowaną talię... Nie być skazaną na omdlenie, przez konieczność ciągłego wciągania brzucha. Choć moja determinacja w tym względzie sięgnęła zenitu i zapisałam się nawet na fitness brzucha, jednak jeszcze ani razu nie udało mi się dotrzeć na zajęcia. Musze więc nosić luźne zwyklaki...

całość na 3,5, ściągacze na 3,0 - drut zbyt gruby, ściągacz wyszedł falbaniasty, do poprawki!















 Elza - ten potwór - mnie parodiuje:







 Miejsce akcji: wrocławska Górka Skarbowców/ względnie Górka Stolarka/ zwana też Małą Ślężą






piątek, 29 stycznia 2016

czerwony, czapka i komin

choć dzieję dzielnie i bez wytchnienia, gdy już się na niczym innym skoncentrować  nie jestem w stanie,
to sprawa dokumentowania gotowych prac - kuleje. Koniec semestru, kolkwia, korekty, deadlinesy, no i bale karnawałowe, strojów szycie [starsza zawsze chciała być księżniczką, a młodsza - czego właściwie można się było spodziewać - zażądała stroju wiedźmy!], katary, syropy... słowem: nie ma jak i kiedy.
Dziś przy okazji ekspresowej akcji zakupu butów dla Krzysia [który jak zwykle przed samym wyjazdem służbowym orientuje się, że potrzebuje nowych] i z uwagi na bezchmurne niebo postanowiliśmy równie ekspresowo na tle ściany domu handlowego pstryknąć parę zdjęć. Z których nic nie wyszło, słońce świeciło mi prosto w oczy, na każdym zdjęciu mam minę jakby mi kto trzymał coś wstrętnie cuchnącego pod nosem.

Wpierw jednak moje nowe kolory na wiosnę/lato 2016: ufarbowałam resztki wycofanej bawełny MUSKAT, którą bardzo lubię! więc łzę ronię...!

- jeszcze nie mam koncepcji, co z tego powstanie: 






a to prezent od moich studentów, którzy bezbłędnie mnie zdiagnozowali!... 


wreszcie udziergi: 

1. czapa powstała według koncepcji własnej z ZITRONOWEGO 100% merino Wind und Wetter, w kolorze stalowym, zamienionym przeze mnie na ten ze zdjęcia:
 czapa powstała z motka i chyba z 10 metrów z motka kolejnego,

zaś resztę motka Wind und Wetter połączyłam z [także niecałym] motkiem Form und Farbe, także merino Zitrona, by na znacznie grubszych druciorach [chyba 8.0] francuzem zwykłym w godzinę, czy dwie dorobić komin:



a teraz moje bezgłowe korpusy:


 tudzież korpusy z głowami osobliwymi, ekscentrycznymi. Ale to wynik niespodziewanego spotkania z ostrym słońcem:

 nie mniej osobliwe, jednak wpasowujące się w ogólny kontekst zachowania protagonistki:




 na zdjęciu poniżej uwiecznił się prawdziwy odcień czerwieni:












tech: wzór Joji Locatelli: Manzanilla 
na modłę Asji [z przedłużonym rękawem i wałkiem pod szyją].
z: podwójnej nitki Noble'a Holsta w kolorze Berry  
druty: KP 4,0

- polecam ze wszech miar!!!

środa, 6 stycznia 2016

blokowisko, łyżwy i WIPy



Taka oto blokowa scenka rodzajowa:
W niedzielną noc o trzeciej nad ranem budzi nas dzwonek do drzwi, intensywny, kilkakrotny. Myślę sobie, że to sąsiad z góry znów chce pożyczyć pilota do bramki parkingowej, mówię Krzyśkowi, by nie odłączał go od kluczy samochodowych, tylko dał cały pęk (regularnie łamię sobie paznokcie usiłując później wkręcić pilota na to upiorne kółko z drutu!)
Okazuje się jednak, że to straż pożarna. Pytają, czy vis a vis mieszka starsza pani (jaki ma cel to pytanie? – kontrolny?, może chcą nim nas ocucić?), podejrzewają, że zasłabła i muszą dostać się do jej mieszkania przez nasz balkon.
Na balkon ów wychodzi się z pokoju Juli. Proces twórczy w pokoju tym się rozgrywający uniemożliwia jednak przezeń przebrnięcie… Dobrze, że jest ciemno! Jula śpi niewzruszona, ja rozgarniam zalegające na podłodze warstwy wszystkiego na boki, torując strażakowi przejście na balkon.
Upewnia się, że przeskoczenie z balkonu na sąsiedni balkon jest możliwe i udaje się do auta po łom i szelki. W tym czasie sąsiadka otwiera drzwi na oścież i lamentuje, że ma pełno wody w kuchni. Ja wybiegam w samej piżamie i skarpetkach uradowana, że żyje! Obudził ją sąsiad z parteru telefonem. Pełno wody jest także w korytarzu – czuję, bo skarpetki mam zupełnie mokre. Zrzucam je zakładam crocsy i rzucam się do zwijania chodników i zbierania wody z parkietów sąsiadki ogarniętej atakiem paniki.
Wracają strażacy, starszy sąsiad z parteru nazywany pułkownikiem, jakiś nieznany mi chłopak (dziwi się, że obie tak twardo spałyśmy) i zalana sąsiadka z siódmego. Ta ostatnia strasznie krzyczy: „Pani to ma sen, pani Krysiu, przecież waliłam w sufit, tak że myślałam, że mi na głowę zleci!!! etc.” [Od razu wyjaśniam, że pani Krysia była zupełnie trzeźwa.] Przy całej histerii i awanturze pani z siódmego nie zapomina jednak tytułować starszego pana z parteru „pułkownikiem”. Ścieram parkiet i toaletę.
Oględziny instalacji hydraulicznej wykazały pęknięty wężyk doprowadzający wodę do spłuczki. W tym czasie nieznany mi chłopak – jak się okazuje Paweł z dziewiątego, to na niego pierwszego padło podejrzenie pani z siódmego – nie mogąc dodzwonić się  do naszego osiedlowego dyżurnego hydraulika wyłamał drzwi do głównego zaworu i zakręcił wodę w całej klatce. Chce też pomóc z wężykiem, wykręcić go, szuka klucza. Pułkownik jednak odsuwa go na bok i odkręca gołą ręką z komentarzem „Panie, te ręce budowały socjalizm!”  
Wyłączają prąd – okazuje się bowiem, że w kuchni są dwa centymetry wody. Kiedy po wstępnym ogarnięciu wróciłam do łóżka i nie mogłam ponownie zasnąć, pomyślałam, że można było tę wodę zgarniać szufelką! A my z Pawłem, w półśnie męczyliśmy się mopem i szmatą… Dobrą godzinę! – (Sąsiadka ma wszczepione bajpasy…)
Kiedy już kończyliśmy pojawił się Antoni, nasz dyżurny hydraulik, który lubi sobie u lokatora posiedzieć i napić się zielonej herbaty. Dużo herbaty, koniecznie zielonej – bo zdrowa – intensywnej i bardzo długo parzonej, tak gorzkiej, że słabo się robi. Zamknął wodę w mieszkaniu, coś rzekł i poszedł sobie.


Na łyżwy najlepsza pora! sadzawki parkowe zamarzły - to jednak zupełnie inna jakość niż na "spacerniaku" lodowiska miejskiego wraz z setkami współwięźniów krążących jak w kieracie! A że mróz zelżał, to i tyłek nie odpada. Jest bardzo przyjemnie. Zapraszam do nas na Krzyki do Parku Południowego! 

A teraz kolej na WIPy:
1. Nieśpiesznie, wieczorową porą, dzieje się  MANZANILLA w kolorze żurawinowym. Z Nobla z nutą kaszmiru. 

2. Okazało się że szal jest pilnie potrzebny. Męski, ale nie taki konserwatywny jak dla starca [dlatego pomysł jodełki został bezwzględnie odrzucony].
A miałam Wam ja w szafie od jakiegoś roku dwa motki miksu merino z kaszmirem [jest to niezmiernie miękka kompozycja] w koszmarnym kolorze kupowatego brąziku. Przewinęłam i wrzuciłam do gara z granatową farbką i wyszła mi piękna podwędzana śliwa!  


 A oto samego szala pierwszy koniec. Jeśli zgadujecie kto mnie zainspirował, zachowajcie dla siebie! :)