wtorek, 21 marca 2017

reaktywacja





Jestem, wróciłam z małym Staśkiem.

Wróciłam ze szpitala [dwa miesiące temu] i muszę wyrzucić z siebie kilka negatywnych emocji z tym związanych. Obawiam się, że słynne 500+, na którym jedzie nasz rząd na nic się zda, jeśli kobiety będą wracały z porodówek tak nabuzowane jak ja teraz. Bo warunki, w których przychodzi nam spędzać tych pierwszych kilka dni są po prostu podłe!!!
Zacznę od scenki, której byłam świadkiem już po otrzymaniu wypisu. Udałam się do dyżurki położnych, by się pożegnać i podziękować i spotkałam tu paniusię w zaawansowanej ciąży, w ręku trzymała kartkę z tabelką; w tabelce kategorie i dawaj przepytywać personel [którego wszędzie mało, który cały czas rusza się jak w ukropie] odnośnie warunków na porodówce, na oddziale poporodowym, ilu osobowe pokoje… Dziewczyno! Chciałam krzyknąć: jesteś kompletnie odklejona od rzeczywistości!!! Będziesz miała szczęście jeśli Cię przyjmą i położą w którejś z maksymalnie wypełnionych łóżkami sal! Wczoraj w nocy na wszelki wypadek przygotowali jedno dodatkowe łóżko na korytarzu, obok ostawili grzejnik… Na szczęście się nie przydało. Gdy rodziłam latem 2007 byłam świadkiem innej sceny. Musiałam dość długo czekać na przeniesienie z sali pooperacyjnej do zwykłej bo tu siostra oddziałowa zaprosiła spawacza, przeszczęśliwa że chwilę wcześniej w piwnicy znalazła stare łóżko bez jednej nogi wprawdzie, ale po dłuższych poszukiwaniach znalazła się także jakaś noga. "Panie, ja pana ozłocę, przyspawaj mi pan tylko tę nogę, bo ja nie mam gdzie tych kobiet kłaść!" Łóżko było w starym stylu, chyba jeszcze w stylu grynderskim, w którym wzniesiono leciwy gmach - z siatką zamiast stelaża.
Moje łóżko tym razem było nowe, szpitalne z hydraulicznie unoszonym wezgłowiem. Tyle że hydrauliczny mechanizm się popsuł i spędziłam cztery noce na siedząco. W pokoju czteroosobowym z wielgachnym, monstrualnym kaloryferem (też grynderskim), którego nie dało się przykręcić, a okna nie dało się uchylić tak, by na którąś z nas nie wiało. Więc my cztery, czworo dzieci, mężowie, dziadkowie, pociotki i kaloryfer - sauna!
Na całym oddziale są jedynie trzy prysznice i sześć toalet na kilkadziesiąt położnic i pacjentek patologii ciąży, a "higiena rany" jest przecież sprawą priorytetową.
Czas mojego pobytu w szpitalu przypadł na okres praktyk studentek położnictwa: bezwzględnie przemiłych i szkolonych zgodnie z europejskimi standardami dziewczyn [Rano przychodzą kłaniają się, przedstawiają, pytają o pozwolenie itp.]. Aż mnie tęsknota za moimi studentami złapała w tym towarzystwie… Jednak tak się zastanawiam ile z nich zostanie po studiach, by pracować w takich warunkach? 

Staś prezentuje dwa udziergi: kamizelkę z Riosa malabrigo oraz kocyk z Phil Matelota Philidara



 a tu inna aranżacja - mniej zobowiązująca :) 



Lecz dziergałam przez te wszystkie miesiące milczenia odzienia głównie w większych rozmiarach. Oto kilka z nich, [może wkrótce poświęcę im osobne wpisy]. Wiosna przyszła i w plener będzie można się udać z taką dzianiną, by ją ukazać w odpowiednim świetle :)

wtorek, 25 października 2016

Sol - remake

Z Sola w ostro żółto-brzoskwiniowych kolorach zrobiłam onegdaj bluzeczkę, ale  jej nie nosiłam... Gdy zobaczyłam jaki sposób na Sola znalazł Migdał niemal natychmiast sprułam swoją pracę i przystąpiłam do kolejnego eksperymentu. Wyszedł sweterek rozpinany - nieco mniej obszerny niż ten migdałowy i chusta w którą wplotłam motek jedwabiu nabytego jako resztkę absolutną z kartonowej półki.
To tyle...

zaległości mam straszne w dokumentacji udziergów, ale figura ma obecna i forma ogólna sesjom nie sprzyja, więc - byle do wiosny!!! czy też - bardziej optymistycznie - byle do sesji zimowej!

pozdrawiam
n


















czwartek, 8 września 2016

Holsty

Może napiszę coś więcej w następnym poście, bo mam jeszcze parę zdjęć z recyklingu  Sola. 
a na razie zwięźle:
Na pierwszy ogień chusta z Coasta śliwkowego z różnymi kolorami kontrastowymi. 
Projekt to Kelpie






A to także Holst w wielu kolorach - nie mogę powiedzieć jakich, bo dzieci pozdejmowały mi banderolki i pomieszały totalnie...







Sweter inspirowany jest twórczością S. Westa, [Enchanted Mesa], nieco przyczesaną przeze mnie.




poniedziałek, 25 lipca 2016

jedwabne 3w1 i stosunki pracy



Czyli lekkie letnie poncho, szal i komin w jednym - powstało w prezencie, który nie wiem, czy się spodoba...
jutro się okaże.

Funkcje zmienia się poprzez zapinanie/rozpinanie sekwencji guzików. 





tu widzę, że dżersejowe części mogły być dłuższe... Jest wprawdzie jeszcze jeden guzik, ale całość i tak wydłużyłaby się zaledwie o parę cm.

Miny dla Michaliny:






 zdejmujemy, rozpinamy i jest szal
przykrótki nieco





 "Stosunki pracy" to tytuł wystawy we Wrocławskim Muzeum Współczesnym w bunkrze na Pl. Strzegomskim. Muzeum lubię, bo ma bardzo pociągającą formułę pasującą do sztuki współczesnej. Chłodno i bez zadęcia. Sama wystawa trochę mnie rozczarowała.
Niedosyt z jednej strony i poirytowanie włączaniem na siłę [moim zdaniem] wątków czysto feministycznych i transseksualnych z lat siedemdziesiątych/osiemdziesiątych, w których nie odnajduję odniesień do świata pracy. Może jestem ślepa i ograniczona?


Bunkier ma na dachu kawiarnię z tarasem, z której rozciąga się widok na [post?]industrialną część miasta.
Choć oś i tak wieńczy wieża Elżbiety :)


 Komin:




tech:
jedwab Bourette
120 o. na drutach nr 3.00  6 rz. ryżem, potem część dżersejowa, po 60 cm. część ażurowa, potem znów 60 cm gładko.
następnie po bokach nabrałam o. na ryżowe listwy [jeden fragment z dziurkami] a po drugiej stronie następnie dorobiłam jeszcze dwa kolorowe wałeczki, także gładkie, ot po to by się zwinęły.