poniedziałek, 6 października 2014

jeszcze len

Gdy jakiś miesiąc temu zobaczyłam, że Makunka przerabia Twinsa postanowiłam zabrać się za swoje dwie cewki, które wciąż budził mój zachwyt wyglądem, zapachem trawy, strukturą, wszystkim!
Wybór padł na Flexa Heidi Kirrmaier. Jestem miłośniczką ciekawych dekoltów, a ten jest wyjątkowy!

I tego Flexa w originale można byłoby zrobić spokojnie z jednego motka (= 500 m) Twinsa. Ja jednak byłam posiadaczką dwóch, więc postanowiłam wykoncypować co niego kimonowate rękawy. Rękawy więc są w zupełności moją własnością.














sobota, 27 września 2014

gejowski resztkowiec - wreszcie zdjęty

został dziś w ostatnich promieniach słońca na tle czerwonej budy na kołach naszych osiedlowych budowlańców.
gotów był już trzy tygodnie temu i sprawdza się od tego czasu w chłodne poranki, gdy skoro świt odprowadzam Julę do szkoły.

Jednak do rzeczy!

Któregoś wakacyjnego dnia w czasie popasu [z dziećmi] w McDonaldzie przeczytałam w wysokich obcasach, ogłaszających konkurs na autobiograficzne opowiadanie, że najważniejsze jest pierwsze zdanie - taki pisarz udzielił podobnie zbawiennej rady, aby ci, co to się do niej zastosują mogli pisać zajmująco. Pomyślałam wtedy, że zaczęłabym tak:

"Zawsze chciałam być gejem!"

Gejem jeszcze nie zostałam. Ale mam gejowskie swetrzycho projektu Stephena Westa. 



 to jeszcze nie gejowski, tylko stara peleryna, którą muszę przerobić nieco - jedna z kieszeni sterczy...
rozdziewam pelerynę...
 oto on:










wydęłam brzuch:

Środkowy, najszerszy pas to TOSH Madelinetosha.
Cóż, jeśli miałabym coś niecoś napisać o mych wrażeniach, to musiałabym przyznać, że przerabianie go to medytacja w najczystszej formie!!!
Gdy trzymasz go na drutach, wydaje ci się, że nie będziesz w stanie z satysfakcją przerabiać już niczego innego...

jest to wełna merino, mięciutka ale nie taka, co się rozłazi [jak cała reszta swetra: Dropsy], tylko solidnie mięsista, podobna w tej mięsistości do Unisono ZITRONA, tyle że kolory są jedyne w swoim rodzaju i włóczka nie jest do końca matowa ale opalizuje, jak rybka, albo zażywający kąpieli słonecznej piękny wąż...



piątek, 5 września 2014

jarzębiny i chryzantema

Zostało mi parę motków Napala i Limy dropsa w typowo dropsich nudnych kolorach. Postanowiłam zmienić te smutasy na coś, co może złożę później w jeden projekt.

Oto co powstało:



 ciężko precyzyjnie uchwycić czerwień... Te jasne precle - jarzębinowe - powstały na bazie białych i naturalnie białych kłębków z czerwieni i rudego. Te ciemne to bordo na bazie beżowego Nepalu. NAjtrudniej było ufarbować różową Limę... W pewnym momencie była pięknie ruda (czerwień nie chwyciła) ale postanowiłam jeszcze wrzucić ją na chwilę mocno zwiniętą do resztek bordo i powstała ... kupa!
Tak wygląda próbka.
Tak będę kombinowała, by się uodpornić na depresjogenną jesień.


czwartek, 4 września 2014

dla Ewy

Dla Ewy robiłam skandalicznie długo: od połowy czerwca! z dłuuugiiimi przerwami
z Bourette na drutach 2,5 i 2,0 - wzór bez reszty improwizowany. Wszystkie części osobno, bo moje druty 2,5 mają tylko 60 cm żyłkę i obawiałam się, że się na niej nie pomieszczę. Na wysokości pach złączyłam je w jedno na drutach nr 2,0 [te mają dłuższą żyłkę], rozpoczęłam ażur  i 'na oko' odejmowałam oczka - tak by się wkomponować w motyw ażurowy.
Zdjęcia fatalne, robione przez bardzo zniecierpliwioną siedmiolatkę, po całym dniu zajęć [na 7.30!!!] w drodze do domu.







Ewa jest wyższa ode mnie o kilkanaście cm więc jej nie będzie sięgał do pół łydki.

czwartek, 28 sierpnia 2014

TOSH mój pierwszy i gejowski resztkowiec

Oto karczek mojego nowego swetra gejowskiego robionego z resztek własnych [DROPSie merynosy] oraz e-dziewiarkowych, czyli motków, które osamotnione, pozbawione braci i sióstr szukały nowych opiekunów  leżąc na najwyższej półce w e-dziewiarkowym sklepie na Karmelkowej. Konkretnie Pashmina Lana Grossa, która stała się golfem i zielone niewiadomoco wiadomo tylko że merynosowe.
Karczek gotów, jeden rękaw oddzielony, natomiast potem zaczęło się pod górę - choć robię z góry w dół!
Nie mogłam dopasować niczego z mych zasobów... robiłam i prułam pięęęęęć razy.
Zdesperowana, w ataku amoku nabyłam to:
o wdzięcznej nazwie Earl Grey... choć tak naprawdę pachnie octem - niczego mu nie ujmując.
Oto historia pojawienia się w mym życiu pierwszego Madelinetosha


środa, 20 sierpnia 2014

niedobory

Kochani!

tłumnie tu ostatnio zaglądacie, więc się czuję zobowiązana (ja, która traktowałam tego bloga głównie jako notes, ew. jako moje szczątkowe portfolio - a jestem bałaganiarą), by okazać się nieco mniejszą macochą.

Jednak nie mogę pokazać niczego gotowego, pomimo tego iż:
a) na sesję lub poprawkę dziewiarską czeka bluzeczka z 'intensywnie łososiowego' cabla (chyba muszę poszerzyć rękawki).
b) na sesję lub  poprawkę czeka kardigan z koralowej bouretty dla Ewy (chyba muszę 'pogłębić' karczek).
c) kończę karczek ogromnego i ciężkiego improwizowanego swetrzycha dla męża (który był się oń upomniał "wszystkim robisz, a mnie - nie!"), dzianego od dołu z DROPSiej wełny Nepal.   
d) zaczęłam boski, luzacki i wielokolorowy sweter gejowski (dla mnie) z miękkiego merino+kaszmir.

Problem w tym, że pojechałam na wieś do rodziców, gdzie zabawię do końca tygodnia i:
na poprawkę A) nie mogę się zdecydować, choć Cabel mnie zachwyca i bluzka w sumie niezła, ale nie wzięłam jej ze sobą.
Projekt B) wyprałam i zblokowałam na łożu małżeńskim tuż przed wyjazdem i jeszcze nie wiem, czy będę pruła.
C) nie skończę, bo nie zabrałam z sobą wystarczającej ilości włóczki - choć szanse byłyby, bo taki grubas robi się błyskiem!
D) w powijakach - z ogromnym zapałem zrobiłam dopiero golf i nie wiem jeszcze, czy spożytkuję spruty blezer, czy zaryzykuję nowozamówioną włóczkę, która jeszcze w drodze?

Więc do piątku, kiedy to mąż dowiezie mi zapasik Napala, jego resztki zostawiam sobie na późne wieczory, kiedy dzieję z namaszczeniem, by ukoić nerwy. A w ciągu dnia oddaję się tłumaczeniu zdań typu:


"I tak z jednej strony widzimy przesadne dowartościowanie mocy, skoncentrowany wysiłek [willensmäßigen Anspannung], którego natężenie wobec tego, co za jego pomocą można osiągnąć jest  nieadekwatnie wielkie." 
- jeśli ktoś z Was [któż to wie, czy nie zagląda tu przypadkiem jakiś 'dziewiarz'] wie jak sprawniej oddać to co w nawiasie uprzejmie jest proszony o pomoc!  

środa, 13 sierpnia 2014

Byłam ci ja letnikiem



Zawsze będę przedkładała góry nad morze! To się nigdy nie zmieni. Cóż, gdy dzieci wolą morze. W tym roku jednak miałam trochę gór nad morzem… nad naszym narodowym!
Już wyjaśniam: Ewa poleciła nam Sasino jako miejsce niedotknięte nadmorskim folklorem turystycznym [budy z chińskim plastikiem, goframi, lodami, bobem, sprężynami z ziemniaka etc.], wolne od przetaczającej się ludzkiej masy i oparawanowanych plaż.

Noclegi zaklepaliśmy u pani Ali na "Zielonym Wzgórzu" w Zielonce - 2 km przez las od wydmy w Stilo. Stąd na plażę idzie się jeszcze kilometr przez przecudny lasek nadmorski, silnie pofałdowany, pachnący sosną, przykryty dywanem z wielokolorowego mchu. To właśnie dzięki tym odległościom masowy turysta nie zaludnił przestrzeni. 
 tu się dzieje coquettish, a tam ogromna rzecz z bourette - obecnie już na ukończeniu.


Ach, no i ta Zielonka odcięta od świata, w której górska atmosfera panuje… Brak sklepu! Chleb piekła nam pani Gienia [i ciasto marchewkowe i sernik!!! jak ptasie mleczko!!!] – dobrze, że maszerować trzeba było, a i tak obwód w pasie skandaliczny przywiozłam!
Pogoda murowana, jednak udało nam się spenetrować Lębork i Słupsk [Witkacy w miejskim muzeum, secesja na ulicach i w ratuszu]. A po drodze z i do Wrocławia: Toruń i Gniezno. Wszystkie te miejsca piękne!!! – gorąco je polecam Waszej uwadze. W odróżnieniu od Łeby :((( koszmarnej, w której da się żyć chyba jedynie mocno poza sezonem, a i tak niewiele tu ciekawego. [Jedyna rzecz warta polecenia znajduje się nieopodal Łeby. Jest to pałac w Nowęcinie, z uwagi na boską kuchnię! Dawno nie jadłam tak pysznie, z taką finezją i za taką przyzwoitą cenę!!! w pałacowym ogrodzie w ciszy, spokoju i jakimś takim rozleniwieniu południowym…]